Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślane. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 grudnia 2017

Prawo zachowania masy w praktyce

To nie jest post dotyczący prawa zachowania masy - w każdym razie nie na wprost :) Istotniejsze jest to co z niego wynika dla przeciętnego mieszkańca np. Polski. Ale do rzeczy.

NAUKOWO

Prawo zachowania masy brzmi mniej więcej tak:
"Łączna masa wszystkich substancji przed reakcją (tzw. substratów) jest równa łącznej masie wszystkich substancji powstałych w reakcji (tzw. produktów)".

Jakby ktoś chciał krótki film na TEDzie na ten temat:
https://www.youtube.com/watch?v=3Xht_kEOKTE

W PRAKTYCE

Znaczy się po polsku, że masa tego co się np. wrzuci do pieca i masa tego co wyszlo przez komin (z grubsza) się nie zmienia. A jeszcze bardziej po polsku: jak WRZUCISZ 50 kg mebli w kawałkach do pieca to otrzymasz 50 kg mebli tylko w postaci pyłów i gazów, które WDYCHASZ. Oczywiście te gazy to jakieś kosmicznie trujące benzoalfapireny, czy dioksyny a pyły to np. pył PM 2,5, który dostanie się nie tylko do samych płuc ale może przenikać do krwiobiegu a znim jeszcze dalej, do komórek Twojego ciała oraz ciał Twoich dzieci i sąsiadów .

Piszę o tym, bo chciałbym uruchomić u niektórych wyobraźnię: jak palisz śmieci to one NIE ZNIKAJĄ - jest ich TYLE SAMO, tylko zmieniają swoją postać (akurat na taką, którą łatwiej wchłonie ludzkie ciało np. Twoje, sąsiada lub Twojego dziecka). Jak będziesz się kiedyś zastanawiać, dlaczego ktoś znowu zachorował na nowotwór to się zastanów, czy nie przyłożyłes do tego ręki paląc byle czym (czy śmieciami) w piecu.

Jeśli uważasz, że problem Cię nie dotyczy, bo np. mieszkasz na wsi, gdzie "powietrze jest czyste" bo to przecież nie miasto, to najpierw wyjdź na zewnątrz i sprawdź jakie porosty rosną u Ciebie na drzewach - w większości przypadków raczej nie będą wskazywały na czyste powietrze (będą raczej miały plechę skorupkowatą).

Jeśli uważasz, że problem smogu dotyczy tylko wielkich miast to zastanów się dlaczego na Twojej ulicy czy osiedlu mgła pojawia się około godziny 18 nawet jak w okolicy poza miejscowością nie występuje. Najczęsciej to nie jest sama mgła tylko smoke i fog co tworzy smog.

Życzę wszystkim w Nowym Roku m.in. samych dobroci i czystszego powietrza, o które świadomie dbają wszyscy z myślą o przyszłych pokoleniach-naszych dzieciach.

niedziela, 11 września 2016

Why do we sleep? Jak współczesna cywilizacja zabija sen?

Senne stereotypy

Sen? No co Ty - śpisz? Wstawaj śpiochu! Nie marnuj czasu na sen! Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!
A na grzyby to kiedy się chodzi? Tylko rano! Bardzo rano! Bo inaczej, ktoś wyzbiera grzyby za Ciebie ;) Ryby też rano biorą najlepiej.
No wyśpij się człowieku...
To wszystko jednak tylko stereotypy wynikające ze stosunkowo niewielkiej wiedzy większości nie-specjalistów na temat snu.

Walka ze snem

Współczesna cywilizacja WALCZY ze snem, naprawdę, i uważa sen za zło konieczne, za stratę czasu ("czas to pieniądz") - powtarzane są ciągle takie stereotypowe stwierdzenia zmierzające do deprecjacji snu.
Zauważyliście np. w ilu miejscach można dziś wypić kawę...żeby nie zasnąć? No tak czasem nie można zasnąć, ale chroniczne niewyspanie prowadzić może do bardzo niebezpiecznych następstw (wypadków, obniżenia odporności, zaburzeń snu, otyłości itd.).
Zastanawialiście się kiedyś dlaczego w ogóle śpimy?

Dlaczego śpimy?

Osobiście byłem bardzo zaskoczony, gdy wysłuchałem niezwykłej wypowiedzi prof. Russela Fostera - neurobiologa. Prostym językiem i z pasją opowiada oraz pokazuje jak ważny jest sen jak zmieniło się jego postrzeganie w ciągu wieków.
Zawsze byłem przekonany (jak większość ludzi), że sen pozwala tylko zregenerować siły - nic bardziej błędnego! To przede wszystkim "defragmentacja danych" w mózgu i jest niezwykle ważny przede wszystkim w procesach zapamiętywania, nauki (pomyśl o swoim dziecku przesiadującym po nocach przy komputerze, czy telefonie, które miewa trudności z zapamiętywaniem).

Czy naprawdę musimy spać?

Jak WAŻNY jest sen, higiena snu, jak nasza cywilizacja walczy ze snem, jak zasypiać bez problemu, jak w prosty sposób można walczyć z bezsennością, chronicznym zmęczeniem, czy nawet (w niektórych przypadkach) z chorobami psychicznymi, otyłością mającymi w niektórych przypadkach w sposób "mechanicystyczny" zależeć od zaburzeń snu, ile snu potrzebuje nastolatek a ile osoba starsza (nastolatek niekoniecznie 8 godzin, a osoby starsze wcale nie śpią krócej) możecie obejrzeć w tym oto niezwykłym wykładzie (można włączyć polskie napisy) na platformie TED - polecam!


I naprawdę trudno podczas tego wykładu usnąć :)

niedziela, 10 listopada 2013

Narodowe Święto (?) Niepodległości

Narodowe Święto Niepodległości obchodzimy już 95 raz. Poniżej garść refleksji, z którymi można się zgadzać lub nie, albo je rozwinąć - do czego zapraszam.
Po pierwsze nie powiem, ze mnie irytuje, bo to za mocne słowo, ale jakoś mi nie pasuje do tego naszego święta sposób jego świętowania, to znaczy najczęstszy sposób polegający na robieniu z niego kolejnego święta "martyrologicznego", obchodzonego wyłącznie w zadumie i atmosferze przygnębienia. Myślę, że tak być nie powinno. Przecież to święto odzyskania niepodległości, które powinno kipieć radością! I w cale nie mówię, że nie należy pamiętać o tych wszystkich, którzy za Ojczyznę oddali życie - wręcz przeciwnie - chwała im  i wieczna pamięć! Chodzi mi o przeniesienie pewnego akcentu a podkreślenie radosnego charakteru tego święta. Mówię o tym, ponieważ zdarza mi się być na tego typu uroczystościach obchodzonych właśnie w sposób jak najbardziej nie-radosny. Wydaje mi się, że niektórzy organizatorzy idą po najmniejszej linii oporu i od lat nie zmieniają programu jego obchodów (w sensie: nie sprawiają, by było to święto obchodzone bardziej radośnie). Oczywiście nie mam zamiaru tu nikogo niesłusznie krytykować - dobrze, że jest pewna  (odrodzona) tradycja obchodzenia tego święta, ale chodzi mi o to, by stało się to w końcu prawdziwie radosne wydarzenie w każdej lokalnej społeczności. Wydaje mi się, że w wielu miejscowościach właśnie ku temu zmierza świętowanie Narodowego Święta Niepodległości.
Po drugie jest jeszcze pewien aspekt edukacyjny tej sytuacji, który niech wybrzmi w tym retorycznym pytaniu: jeżeli będziemy obchodzić nasze Narodowe Święto Niepodległości w sposób smętny, przygnębiający, czy też bardzo mało atrakcyjny, to jak zachęcimy do jego obchodów szersze grono młodego pokolenia? Wielkie szczęście mają ci młodzi ludzie, którym patriotyzm zostanie zaszczepiony przez rodziców w domu, ale co z tymi (a nie jest ich mało), którzy takich patriotycznych zachowań z domu rodzinnego nie wynieśli. A skutek? O ile dobrze pamiętam w przedostatnim narodowym spisie powszechnym około 700 000 osób Polsce nie potrafiło określić swojej narodowości! Zapewne nie byli tam sami młodzi ludzie, którym "nie zaszczepiono poczucia narodowości", bo byli tam i ludzie starsi, np. "tutejsi", bardzo przywiązani do miejsca, w którym mieszkali całe życie i które kochają oraz cały zbiór innych przypadków, ale na pewno znaczny odsetek tej ogromnej liczby stanowili właśnie Ci pozbawieni poczucia narodowości nie z własnej winy, lecz przez niewłaściwe wychowanie patriotyczne w rodzinie (albo brak wychowania).
Jak taki młody człowiek ma kochać swój kraj i pracować tu dla niego i jednocześnie dla siebie? Jak ma z niego nie wyjechać nie posiadając poczucia przywiązania do niego - do swojej ojcowizny/Ojczyzny? Czy taki człowiek wróci tu kiedyś?
Można przy okazji zapytać siebie: a iluż z nas nie narzeka na "to państwo", "tą Polskę", "bo w Polsce", "bo w tym kraju to się nie da", "bo my, Polacy" przy swoich dzieciach, znajomych przez co zaszczepiamy im bądź kultywujemy narodowe narzekanie, gorzkie stereotypy, które potem pokutują w następnych pokoleniach...Powiedzmy temu wszyscy wreszcie STOP! i nie narzekajmy na własny kraj bezpodstawnie (bo tak, będąc konformistą, lub nie mając większego pojęcia o wartości swojej Ojczyzny "wypada" będąc w towarzystwie narzekaczy), a jeśli już to narzekajmy na konkretnych ludzi, bo to konkretni ludzie podejmują decyzje. Bierzmy także odpowiedzialność za naszą narodową wolność m.in. biorąc udział w wyborach. Wszakże, jak powiedział kiedyś ktoś mądry: "wolność raz dana, nie jest dana raz na zawsze", więc ją szanujmy, dzielmy się nią i rozwijajmy. A ta nasza wolność była-jest bardzo droga...

 
Krzyż Virtutti Militari-pomnik w rezerwacie Jata w miejscu dawnego obozu partyzanckiego.
Tu zawsze była wolna Polska (Niemcy nigdy tu nie weszli).

poniedziałek, 5 listopada 2012

„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie (...)”

„Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju” - te słowa wypowiedział J.F. Kennedy w dniu jego zaprzysiężenia na prezydenta USA 20 stycznia 1961 roku. Dlaczego je w tym miejscu przytaczam? Ponieważ są aktualne do dziś i przypominają mi się dość często wtedy, gdy słyszę wypowiedzi ludzi, którzy są wiecznie niezadowoleni z życia, z innych ludzi, władzy (no to jeszcze zrozumiem), że zupa za słona, że w mieście to się nic nie dzieje, że ronda są bez sensu, że powinno się zrobić tak albo inaczej, że o pamięć historyczną powinno się dbać a się nie dba, że "takie rzeczy to tylko w Polsce" i narzekają ...i powtarzają często utarte stereotypy, albo sami je tworzą. Tworzą  i powtarzają zamiast WZIAĆ SIĘ DO PRACY, ZACZĄĆ OD SIEBIE I ZMIENIAĆ RZECZYWISTOŚĆ, KTÓRA IM SIĘ AKURAT NIE PODOBA, LUB UWAŻAJĄ, ŻE POWINNO BYĆ INACZEJ. Tylko tak jakoś wychodzi, że gdy proponuję podjęcie własnych działań (konkretnych), aby tą rzeczywistość zmieniać, to często (na szczęście nie zawsze) wydaje mi się, że akurat tego nie słyszą. Nie chcę negować potrzeby zmian - owszem są Polsce, miastu, kulturze politycznej itd. bardzo potrzebne. Wiele trzeba rzeczy zmienić, naprawić, ale najszybciej zmiany zjadą wtedy, gdy zacznie się od samego siebie. Zabrzmialo to może jak w XIX-wieczne hasło "praca u podstaw", ale tak rzeczywiście jest - trzeba od podstaw, od siebie zacząć, by zmienić rzeczywistość na lepszą. Zrezygnować z roszczeniowej postawy wobec innych ludzi, czy państwa (czyli de facto nas wszystkich) i zacząć postępować konstruktywnie (nawet konstruktywnie krytykować a nie krytykować dla samego krytykowania), zrezygnować choć z odrobiny siebie. Może to jest, może to powinien być jeden z wielu przejawów współczesnego patriotyzmu?
Nierealne? Utopia? Mżonka?
Niekonstruktywnym i może nawet w pewnym sensie niemoralnym jest, by postępować w ten sposób dalej i nie zmieniać swojej postawy wobec otaczającej rzeczywistości.
Ludzie często narzekają na tą rzeczywistość i dostrzegają same złe jej strony jakby mieli klapki na oczach a przecież są i te lepsze. Może to też kwestia mediów, które serwują nam codzienną dawkę sensacyjnych (często dlatego, że negatywnych) informacji, może to też kwestia ludzi, którzy powtarzają stereotypy...Niemniej warto choćby spróbować wcielić w życie słowa nieżyjacego już prezydenta Kennedy'ego - na pewno lepiej spróbować, niż ciągle narzekać, bo wtedy jest szansa, że świat zacznie się zmieniać na lepsze.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Otwarty dostep do treści naukowych

Przegladając sieć znalazłem stronę http://otwartymandat.pl/, gdzie można się podpisać pod apelem o wprowadzenie otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce do  instytucji finansujących naukę.
Nauka powinna trafiać "pod strzechy". W końcu jest dla ludzi i nalezy ją upowszechniać wszelkimi możliwymi sposobami a teraz, w dobie powszechnej komunikacji elektronicznej jest ku temu bardzo dobra okazja.
Podpisałem się pod tym apelem. Dlaczego? Właśnie dla tego. Spotkałem się już wielokrotnie z sytuacją, kiedy instytucja  naukowa  finansowana z budżetu państwa, czytaj: z podatków nas wszystkich ogranicza prawo do korzystania z dóbr nauki (np. poprzez wprowadzanie opłat za udostępnienie danych), którą finansujemy z własnych kieszeni. To niedopuszczalne i niemoralne oraz niesprawiedliwe. Poza tym ograniczające rozwój kraju.
W Stanach Zjednoczonych dostęp do danych wypracowanych przez placówki rządowe jest łatwiejszy (mimo funkcjonowania wielu prywatnych firm realizujacych badania naukowe). Przykładem jest np. USGS (United States Geological Survey), która udostępnia znaczne ilości danych przestrzennych w postaci wektorowej, czy slużba meteorologiczna. Przyczynia się to np. do ograniczenia strat wywołanych kataklizmami. Jeśli ktoś chce sprawdzić jak jest u nas, wystarczy spróbować poprosić o udostepnienie danych meteorologicznych...
Mam nadzieję, że dojdzie do liberalizacji przepisów w tym zakresie.
Mam też nadzieję, że wielu ludzi "starej daty" pracujacych w placówkach fiansowanych przez nas wszystkich, np. muzeów przekona się wreszcie, że udostępnienie starych, archwialnych dokumentów, zdjęć itp. w wersji cyfrowej "pro publico bono" przynieść może tylko same korzyści. Mogą być nimi: ochrona przed zupełnym, fizycznym ich zniszczeniem, publikacja materiałów praktycznie bez kosztów druku, wzrost zainteresowania i poziomu wiedzy społeczeństwa a w efekcie może i osobiste odwiedzenie placówek do których nigdy młody człowiek by nie przyszedł, chociażby z powodu chęci zobaczenia oryginału dokumentu, czy pogłębienia wiedzy.
Czy to możliwe???
To fakt, który dzieje się m.in. na tej stronie: http://www.nac.gov.pl/ i mam nadzieję, że takich inicjatyw bedzie coraz więcej. Cyfryzacja i udostępnianie on-line starych dokumentów i zdjęć to przyszłość, ich nie cyfrowanie i nieudostępnianie to ich fizyczna zagłada a także upadek muzealnictwa w wersji sprzed roku 1989, kiedy eksponaty można było oglądać tylko w gablocie i nie można było ich dotykać a materiały źródłowe pieczołowicie zamykano w szafach i udostępniano tylko "od święta" i z trudnościami.

piątek, 24 lutego 2012

Schooll kills creativity?

Będąc wczoraj na szkoleniu zobaczyłem film, który powinien zobaczyć każdy refleksyjny i konstruktywny nauczyciel. Myślę, że daje dużo do myślenia i jest inspirujący. Warto słuchać młodzieży (oczywiście filtrując i poddając konstruktywnej krytyce informacje zwrotne od nich), ponieważ można się wiele od niej nauczyć a przynajmniej podejmować próby bycia lepszym nauczycielem niezaleznie od tego, czy jest się "nauczycielem z powołania", czy traktuje się swój zawód tylko jak "rzemiosło".



piątek, 22 kwietnia 2011

Święta (?)

Witam ponownie wszystkich czytających. Dawno nie pisałem - dziś nadrobię nieco zaległości.
Wróciliśmy po 22 z Żoną z drobnych przedświątecznych zakupów. To, że późno wróciliśmy, nie oznacza, że myszkowaliśmy między półkami sklepowymi przez cały dzień - nie, nie...Rzecz w tym, że pojechaliśmy późno (przed 22) na zakupy, aby uniknąć kolejek i ogólnego zamieszania w łukowskich marketach. No i jakież było nasze zdziwienie, gdy tuż przed ich zamknięciem robiła w nich zakupy całkiem pokaźna ilość osób...Wiadomo, jak są święta, trzeba się do nich przygotować również pod względem materialnym. Tak było jest i będzie. Tylko, czy również my, Polacy, tudzież Łukowiacy nie przesadzamy za bardzo z tą materialną stroną świat? Wydaje mi się, że w niejednym większym mieście Polski nie ma takiego zamieszania przed świętami jak tu, na prowincji.
Nie omieszkam wspomnieć również jak rzuca się tu (w hipermarketach) w oczy lansowanie się niektórych, głównie młodych ludzi - gdy zobaczyłem dziś kilkoro takich, miałem wrażenie, że jestem widzem jednego z programów komercyjnej telewizji, który szuka gwiazd i zjawiają się tam różni, chcący się pokazać ludzie (niektórzy-trzeba przyznać-mają jednak talent) o ekstrawaganckim, tudzież niechlujnym wyglądzie. Kiedyś, (nie tak znowu dawno - rok, dwa lata temu) tak nie było.
Tak się zastanawiamy, po co to wszystko, tzn. święta. O co kaman?
Czyżby o to, by najeść się do syta i przeleżeć je przed telewizorem, tudzież przesiedzieć u rodziny? A może, by zrobić wielkie zakupy, wydać pieniądze a potem wyrzucić połowę jedzenia do śmietnika?
No nie - chyba nie o to kaman.
Czasem wydaje mi się, że ludzie coraz częściej (powiem wprost: znaczna część Łukowiaków) zmierza w kierunku tego typu, totalnie konsumpcyjnego myślenia, które przychodzi z innych, większych miast Polski, głównie z kierunku zachodniego, które wdziera się do ich umysłów przez szklany, czy ciekłokrystaliczny ekran...No cóż, coś jest na rzeczy, kiedy w mediach  lansowany jest  wizerunek takiego właśnie Polaka: spokojnego, misiowatego, aczkolwiek nigdy nie zaspokojonego konsumpcjonisty (patrz: reklama jednej z sieci supermarketów na literę "T"). Hmm...nie miałem zamiaru narzekać :) Poprostu przelałem swoje bezwiednie snujące się myśli na serwer bloggera.
Życzę Wszystkim ludziom dobrej woli dobrych, dobrze przeżytych, świętych, słonecznych i radosnych Świąt, i tego by Bóg był przez cały czas z Wami, i by się Wami opiekował i błogosławił.
A czego można życzyć krótkofalowcom, którzy niedawno obchodzili swoje święto?Hmm...DX-ów z Wyspą Wielaknocną i uproszczenia przepisów prawa, które coraz bardziej będzie nas ograniczać.
Vy 73!

sobota, 26 lutego 2011

Odszedł

Odszedł arcybiskup Józef Życiński - 10 lutego tego roku. Cieszę się, że dane mi było bodajże chociaż raz uczestniczyć w spotkaniu z nim w czasie studiów. O ile dobrze pamiętam było to jakieś spotkanie dotyczące poezji...mniejsza o to. Chyba częściej jednak widywałem go lub słyszałem w mediach. Zawsze lubiłem go słuchać. Jego spokojny, zrównoważony, stonowany głos potrafił przywracać pokój wśród rozmówców... Jakoś taki właśnie pokój się czuło, gdy mówił. Oczywiście można było się z nim nie zgadzać, ale zawsze można było dyskutować w atmosferze pokoju i pojednania - tak zawsze odbierałem jego sposób mówienia i wypowiadane treści. Myślę, że można go nazwać człowiekiem pokoju i pojednania, kimś takim, kto stara się łączyć a nie dzielić, i któremu zależy na porozumieniu - dialogu między ludźmi. On zawsze potrafił go prowadzić. Poza tym uważam go za niezwykle mądrego człowieka - mądrego tą mądrością nie tylko naukową, ale i życiową i mądrością Wiary. Myślę, że straciliśmy dobrego światłego człowieka, arcybiskupa, uczonego - filozofa i bioetyka. Straciliśmy go nie tylko jako Kościół, ale również jako naród. Żal mi bardzo, że więcej jego myśli nie usłyszę, poza tymi zapisanymi na papierze, lub taśmie...szkoda że odszedł. Naprawdę szkoda.

Wikipedia o Józefie Życińskim 

piątek, 25 lutego 2011

Ludzie na walizkach

"Ludzie na walizkach" - jest taki program w RELIGIA TV, jest też tytuł książki, obydwa jednego autorstwa - Szymona Hołowni. Przeczytałem książkę (pochłonąłem), czasem zdarza mi się obejrzeć program i kilka myśli mi się przez głowę przewija ciągle, prawie za kazdym razem, gdy go oglądam lub przypomnę sobie książkę. Po pierwsze, większość z nas t.j. zabieganych, zwykłych ludzi, zajętych dniem dzisiejszym, teraźniejszością w najpełniejszym wydaniu, nie zwraca uwagi na rzeczy najważniejsze: Boga, zdrowie, sens życia i pracy, "małe radości", czy jak kto woli przyjemności, miłość itd. Nie doceniamy wielu cennych rzeczy. Nie zwracamy uwagi najczęściej do czasu, kiedy Stwórca nie wetknie Bożego palca w nasze życie i nie zaingeruje w nie w jakiś sposób.
Po drugie, ludzie, którzy występują w tym programie, często mocno doświadczeni przez życie, Pana Boga, nie narzekają na to co ich spotkało i nie rozczulają się nad sobą. Nie znaczy to, że się wcale nie załamują, że nie przeżywają, lub przeżyli buntu - wręcz przeciwnie, to przecież ludzie. Ale często chyba wkładają wręcz nadludzki wysiłek, żeby sobie ze swoimi problemami poradzić. Z reguły są bardzo pogodni, pogodzeni ze sobą i z resztą świata, widzący sens, głęboki sens w tym, czym zostali doświadczeni i dość optymistyczni, pełni wiary, nie poddający się, wręcz - chciałoby się powiedzieć: optymiści.
Po trzecie jestem dla nich, dla tego jacy są i jak potrafią żyć pełen podziwu i szacunku.
Po czwarte, po przeczytaniu książki współczuję i nabieram jeszcze większego szacunku dla lekarzy z powołania, którzy stoją na codzień nie tylko przed problemami natury medycznej (jak ratować życie i zdrowie człowieka i jak to zrobić, by NFZ za to zapłacił), ale - coraz częściej - natury etycznej, czy bioetycznej. Chyba pierwszy raz czytałem o dylematach lekarzy będących na ich porządku dziennym, np. o tym jak czasem trudno jest stwierdzić śmierć człowieka. Oczywiście są określone procedury w trakcie orzekania o zgonie, ale okazuje się, że są wyjątkowe sytuacje, kiedy stwierdzić śmierć bywa niezwykle trudno - i tu pojawia się np. pytanie o to czy odłączać już aparaturę podtrzymujacą życie, czy nie. Dawniej - dajmy na to 100, czy 300 lat temu pewnie nie było tylu dylematów, ale wraz z rozwojem techniki i pogłębianiem wiedzy medycznej życie ludzkie może być nie tylko coraz dłużej podtrzymywane/wydłużane, ale również  ratowane od coraz wcześniejszych jego etapów (noworodki). I dobrze. Jednak wraz z przesuwaniem granic ratowania/wydłużania życia rodzą się medyczne dylematy. O tym między innymi pisze Hołownia w sowjej książce, do której wybrał kilka krótkich rozmów ze swoimi gośćmi. Lektura daje sporo do myślenia, przypomina, że na pozór proste rzeczy wcale takie nie są, ale również, że są ludzie, którzy nie poddają się życiu, którzy żyją wiarą, nadzieją, miłością, którzy potrafią widzieć i docenić w życiu rzeczy najważniejsze (o których my zapominamy), którzy są wzorem człowieka przez duże "c".
Cóż, tak na koniec chciałbym tylko polecić książkę (w zasadzie wszystkie jego książki) i program i...bloga Szymona Hołowni. Miło jest zanurzyć swój intelekt w jego tekstach.